
Kurier Poznański”, nr 204, 7 września 1915 r.
Poza Węgrzynowem skręcamy z szosy do Krasnego, dawnej siedziby hrabiów Krasińskich, stanowiącej obecnie własność księstwa Czartoryskich. Kto widział tę siedzibę magnacką przed wojną, dziś nie poznałby jej wcale. Na polach zboże nie sprzątnięte; znaczna część żyznej ziemi leży odłogiem; parkan okalający ogród i park poszczerbiony w wielu miejscach; w ogrodzie, obok pościnanych siekierą i połamanych drzew, wyrwy na kilka łokci głębokie i po kilkanaście mające w obwodzie. Z pięknych zabudowań pozostały przeważnie mury tylko; pałac otrzymał parę pocisków, ale nie nazbyt szkodliwych; wnętrze jego niczem nie przypomina niedawnej świetności.
Opuszczamy podwórze i ogród, chcąc pozbyć się na chwilę chociaż niemiłego widoku. Ale gdzie tam! Ma on nam odtąd towarzyszyć przez czas dłuższy. W bramie już stoi poszarpana dziesiątkami pocisków wieża wodociągowa, a o kilkadziesiąt kroków od niej wznosi się kościół o pięknej strukturze, dziś poraniony pociskami, ze spalonym dachem, podziurawionem sklepieniem. Gmach, budowany w czasach ostatnich, nie wytrzymałby nawet połowy tego, co dostał kościół krasiński — runąłby z pewnością; a ten stary zabytek budownictwa naszego, pomimo licznych ran stoi jeszcze twardo i poratowany — stać będzie jeszcze długo.
Plebanja obok kościoła również nosi ślady walk. Pomimo zniszczeń duchowieństwo powróciło na miejsce, aby służyć pozostałym parafjanom. Ks. kanonik [nazwisko słabo czytelne] i wikary ks. Bieńkowski opuścili Krasne tylko w najniebezpieczniejszym czasie, wracając, gdy tylko stało się to możliwe.
Niewesoło przedstawia się i reszta Krasnego. Domy uszkodzone pociskami, częściowo popalone, sterczą wśród spustoszenia. Ucierpiały również okoliczne folwarki. Wojna pozostawiła ślady nie tylko na zabudowaniach, lecz i na polach, z których znaczna część nie została należycie uprawiona ani zebrana.
W dalszej drodze mijamy cukrownię i okoliczne wsie. Wszędzie ten sam obraz: uszkodzone zabudowania, spalone domy, zniszczone dachy, pola pozostawione bez gospodarza. W Starych Szczukach część domów i stodół poszła z dymem. W Bogatem ucierpiały zabudowania i kościół. O parę wiorst dalej, wzdłuż szosy, ciągnie się duża wieś Dobrzanków. Obecnie z wielkiej części jej sterczą tylko kominy.
Smutnym tym widokom towarzyszą nie mniej smutne pola, porosłe bujnymi chwastami, niezebrane zboża, liczne okopy i mogiłki przydrożne.
Po obu brzegach Węgierki rozrzuciło się spore miasteczko powiatowe Przasnysz. Nie bogate i nie nazbyt handlowe, ale wystarczające dla siebie i okolicy. Domki drewniane obok murowanych parterowych i piętrowych kamienic urozmaicały wygląd zewnętrzny miasteczka. Trzy wyniosłe stare świątynie przerastały znacznie okalające je domy i nadawały Przasnyszowi dużo powagi, a mieszkańcom jego żywo przypominały o sędziwym wieku miasta i o lepszej jego przeszłości. Bez wstrząśnień i wrażeń silniejszych pędzili spokojny żywot mieszkańcy Przasnysza.
Nadciągnął jednak huragan wojny europejskiej. Z początku do cichego miasteczka dochodziły tylko odgłosy walk. Od Mławy, Janowa, Chorzel słychać było huk armat. Niebawem jednak huk ten zaczął się przybliżać, aż wreszcie w oknach domów zabrzęczały szyby. Ale na to — miasteczko stało jeszcze nienaruszone.
Raz nawet minęły je wojska walczące, by głębiej staczać bitwy. Przyszła jednak powrotna fala. Walki zaczęły się rozgrywać w bezpośredniem sąsiedztwie Przasnysza. Miasto przechodziło z rąk do rąk. Hulały bomby w Przasnyszu, srożyły się pożary, aż nareszcie pozostały z niego ruiny. Nawet stare świątynie legły w gruzy. Prosty przypadek tylko sprawił, że kilkanaście domów uniknęło płomieni, wygląd ich jednak jest opłakany.
Wjeżdżający do Przasnysza ma wrażenie, że przeszedł tędy jakiś straszny orkan, który zmiótł z powierzchni ziemi niemal wszystko, co napotkał na swej drodze. Z domów pozostały ściany, kominy i resztki zabudowań. Tam, gdzie jeszcze niedawno toczyło się zwyczajne życie miasta, dziś sterczą rumowiska.
Na miejscu życia ludzkiego coraz śmielej rozrasta się roślinność. Chwasty zajmują opuszczone podwórza i ulice, wciskają się pomiędzy gruzy i kamienie. Przyroda szybko bierze w posiadanie miejsca opuszczone przez człowieka.
Człowiek jednak powraca. Na zgliszcza swoich domów przychodzą dawni mieszkańcy. Gnieżdżą się, gdzie mogą, próbując rozpocząć życie na nowo. Nieprędko jednak powstanie z ruin dawne miasteczko i nieprędko zagoją się rany zadane jego mieszkańcom.
Pierwsi na zgliszcza Przasnysza powrócili księża tutejsi. Wówczas, gdy na każdym kroku groziła człowiekowi niechybna śmierć, — księża tutejsi z bólem serca opuścili Przasnysz, przenosząc się na chwilowy pobyt do sąsiedniej parafji Bogate. Gdy jednak bój zaciekły ulegał przerwie, spieszyli do swych nielicznych owieczek w Przasnyszu, gnieżdżących się po dołach i piwnicach; a z chwilą, gdy działa zupełnie ucichły — pierwsi stanęli na posterunku i chociaż bez dachu nad głowami, prowadzą zbożną pracę pasterską i filantropijną.
A jeden z pośród duchowieństwa tutejszego, przeszło 80-letni starzec, ks. Mierzejewski, ani na chwilę nie opuszczał Przasnysza i przez cały czas bombardowania miasta przebył w murach klasztoru, którego jest rektorem.
Duchowieństwo tutejsze, podobnie jak w wielu innych miejscowościach dotkniętych wojną, wykazało niezwykły hart ducha. Pomimo niebezpieczeństwa i niedostatku księża pozostawali lub powracali do swoich parafjan, niosąc im pomoc duchową i, w miarę możności, materjalną.
Z dziwnem uczuciem opuszczamy Przasnysz. Coś jakby ściskało za gardło, dusiło.
„Kto oglądał takie widoki, napewno na całe życie śmiać się przestanie” — robi uwagę mój współtowarzysz.
Wyjeżdżamy poza umarłe miasto. Jak okiem sięgnąć, ciągną się zygzakowate linje okopów, rowów strzeleckich i podobnych zdaleka do szkółek drzew owocowych w porze zimowej — płotów kolczastych. Setki tysięcy rubli poszły w tę robotę, tysiące ludzi pracowało tu — a teraz zamokłe, ponure budowle ziemne obwalają się i zasypują.
A ile to takich budowli znajduje się dziś na ziemiach polskich! Nie przesadzę, gdy powiem, że 5 proc. naszej ziemi-matki zużyto na nie.
Wieczór nadchodzi. Pogoda pogarsza się, robi się chłodno i zaczyna padać deszcz. Trzeba pomyśleć o noclegu.
W Przasnyszu daremnem byłoby się o coś podobnego kusić. Wpadamy, jak się zdaje na razie, na świetną myśl: o dwie — trzy wiorsty od Przasnysza, nieco w stronie od szosy, nad Węgierką leży wieś i folwark Obrąb. Tam, we dworze, udzielą nam schronienia i dadzą się napić gorącej herbaty.
Ruszamy w tę stronę. Droga prowadzi przez teren poorany okopami i rowami. W ciemności, po deszczu, przebycie jej nie jest łatwe. Błoto utrudnia każdy krok, a zasieki i pozostałości wojennych umocnień zmuszają do ciągłego szukania przejścia.
Po dotarciu na miejsce okazuje się, że i tutaj wojna pozostawiła swoje piętno. Zabudowania są zniszczone, a znalezienie wygodnego schronienia okazuje się niemożliwe. Ostatecznie znajdujemy jednak ludzi, którzy zgadzają się przyjąć nas pod dach.
— Nie wygodnie tu panom będzie — mówią dobrzy ludzie — aleć lepiej niż na dworze na deszczu. Tylko co panowie jeść będą, bo u nas wszystkiego braknie.
Mamy ze sobą zapasy, więc prosimy tylko o zagotowanie wody na herbatę. Po całym dniu drogi można wreszcie odpocząć.
Pomimo znużenia, długo nie kleją się oczy do snu. Wyobraźnia odtwarza zgliszcza, ruiny, mogiły z krzyżykami cztero- i częścioramiennymi, okopy, rowy, płoty kolczaste i te pola rodzajne z natury, a dziś chwastami tylko porosłe.
St. O.
Views: 12
